Moje doświadczenia w stajni treningowej sumo
Podczas niedawnej podróży do Tokio poszedłem obejrzeć zapaśników sumo podczas ich porannego treningu w stajni sumo. To chwile, w których zapaśnicy wykonują swoje codzienne rutyny treningowe, a widzowie mogą obserwować - pod warunkiem, że nie przeszkadzają. Rozmowy, jedzenie czy jakiekolwiek działania, które mogłyby rozproszyć zapaśników, są niewskazane. Można robić zdjęcia, ale bez lampy błyskowej.
Przybyłem wcześnie rano, ponieważ trening zaczyna się dość wcześnie. Pojawiłem się o 7:30 w jednym z klubów sumo. Z zewnątrz budynek wyglądał zwyczajnie, ale gdy zbliżyłem się do okien, usłyszałem ciężkie oddechy i odgłosy ciał zderzających się ze sobą.
Po zadzwonieniu dzwonkiem czekałem chwilę. Przy oknie pojawiła się okrągła twarz i radośnie powiedziała: „Douzo!” (Proszę, wejdź!) Otworzyłem drzwi i znalazłem się w małym przedpokoju z drewnianą podłogą, którego ściany zdobiły portrety zapaśników i duża drewniana tabliczka z wyrytym nazwiskiem klubu. Atmosfera była surowa i tradycyjna, przypominająca stare kluby sportowe, z ciemnymi drewnianymi meblami, trofeami i cichymi rozmowami o harmonogramach treningów i innych sportowcach.
Zdjąłem buty i podszedłem do stosu poduszek, biorąc jedną, by na niej usiąść. Inny widz już siedział, uważnie obserwując trening, i gestem zaprosił mnie, bym dołączył. Zanim usiadłem, spojrzałem na zapaśników - i na moment zamarłem w zachwycie nad rzadkim widokiem, który się przede mną rozgrywał.
Poniżej poziomu głównej podłogi znajdowała się arena wypełniona piaskiem. Około dziesięciu ogromnych, półnagich, spoconych mężczyzn rytmicznie podnosiło i tupalo nogami w ramach rozgrzewki. Światło było przyćmione, a podświetlenie z tyłu tworzyło sylwetki ich postaci, nadając scenie surrealistyczny, niemal senny charakter. Czułem się jak w jednym z tych przyrodniczych filmów dokumentalnych, gdzie kamerzysta cicho zbliża się o świcie do stada dużych zwierząt. Nie dlatego, że zapaśnicy przypominali zwierzęta, ale z powodu poczucia zachwytu, jakie odczuwa się, widząc na żywo coś, co wcześniej znało się tylko ze zdjęć lub telewizji.
Nagle nie były to już płaskie, 40-centymetrowe sylwetki na ekranie - to byli prawdziwi, potężni ludzie, ciężko oddychający, lśniący od potu, z piaskiem przyklejonym do nóg i zmęczonymi, ale wyrazistymi twarzami. Oni też mnie obserwowali - ciekawi nowego gościa w ich dojo. Dla nich byłem nowością dnia - choć w przeciwieństwie do mnie, pewnie szybko o mnie zapomnieli.
Bez słowa zapaśnicy kontynuowali rozgrzewkę przez kolejne 15 minut. Nie mogłem się oprzeć, by uchwycić ten moment - robiłem zdjęcia bez przerwy, a nawet nagrywałem kamerą wideo.
Po rozgrzewce przeszli do treningu indywidualnego i w parach. Niektórzy zapaśnicy ćwiczyli chwyty i postawy na boku, inni uderzali w drewniane cele. W centrum areny rozpoczęła się prawdziwa akcja: ćwiczenia w padaniu i byciu rzucanym. Zapaśnicy turlali się po ziemi, lądując na przemian na lewej i prawej stronie.
Ta dość długa faza wyczerpała niektórych młodszych zapaśników. Następnie przyszła najbardziej intensywna część dla nich: dwóch młodszych, znacznie lżejszych zapaśników było wielokrotnie wzywanych, by zmierzyć się z dwoma masywnymi starszymi zapaśnikami. Tylko okazjonalnie seniorzy tracili równowagę i byli odpychani. Przez większość czasu młodsi zapaśnicy byli natychmiast rzucani na ziemię.
Ale ich męka dopiero się zaczynała. Podczas gdy seniorzy ledwo musieli się ruszać, by odeprzeć przeciwników, juniorzy musieli wkładać całą swoją siłę w każdy atak - raz za razem, bez odpoczynku. Ich oddechy stawały się coraz głośniejsze, byli zlani potem i chwiali się ze zmęczenia. Jednak trener nie okazywał litości. „Jeszcze raz! Pozycja… atak!” - krzyczał. „Wstań, jeszcze raz!”
W końcu krzyczał tylko jedno słowo: „Wstań!” - gdy dwaj młodsi leżeli coraz dłużej między próbami. „Biedni chłopcy” - pomyślałem - „co za brutalny trening. Ale to cena wspinania się na szczyt.” Nie spodziewałem się tego, co stało się później.
Jeden ze starszych zapaśników chwycił cienki bambusowy kij i lekkimi, ale szybkimi uderzeniami zaczął bić jednego z wyczerpanych juniorów po plecach i nogach, by zmusić go do powstania. Senior uśmiechał się, wyraźnie rozbawiony. Inni też się śmiali. Młodszy zapaśnik, mimo pieczenia, wstawał i rzucał się do kolejnego ataku - tylko po to, by znów upaść i zostać ponownie uderzonym bambusem. Nie było to przyjemne do oglądania - nie tyle z powodu samych uderzeń, ile z powodu atmosfery współudziału wokół tego.
Na szczęście nie trwało to zbyt długo. Młodszy zapaśnik zdawał się odzyskać oddech i rzucał się do nowych ataków, z nieco większym powodzeniem. Jego senior, być może zmęczony zadawaniem kar lub znudzony byciem ludzkim workiem treningowym, odpowiadał minimalnym wysiłkiem - tylko blokując, zamiast rzucać.
W końcu nawet ten intensywny poranny trening dobiegł końca. Była już 10 rano - czas, by zapaśnicy pochłonęli swoją kaloryczną potrawkę, a następnie udali się na spoczynek, by przybrać na wadze.
Zapaśnicy sumo przestrzegają ścisłego codziennego harmonogramu narzuconego przez ich stajnie. Chociaż sumo nie jest sportem zespołowym, ich życie jest bardzo wspólnotowe.
Za mną, niczym małe gobliny służące swoim demonicznym panom, pojawili się asystenci stajni - szczupli mężczyźni, wyraźnie przynoszący zapach świeżo przygotowanego jedzenia. Zaczęli czesać włosy zapaśników w odpowiednie koki sumo. Już marzyłem o zrobieniu setki kolejnych zdjęć tego osobistego rytuału, jedzenia, posiłku, a może nawet drzemki - ale wtedy uprzejmie poproszono nas o opuszczenie miejsca, ponieważ sesja się zakończyła.
Z żalem pożegnałem to bogato obfite doświadczenie i wróciłem do mojej skromnej, codziennej rzeczywistości.
































